bałtyk-zimą2

 

Luty przeminął w tym roku chyba jeszcze szybciej niż zazwyczaj, abstrahując od długości (lub też krótkości) tego miesiąca. Był też dosłownym pomostem między porami roku: zaczął się zimą, jakiej wielu z nas nie doświadczyło od lat, a kończy łagodnym ciepłym podmuchem, zapraszając nas do wejścia w marzec i wiosnę. 

Dlaczego wprowadzam cykl „Odkrycia”? Tego formatu w internecie jest sporo, a ja się wcale temu nie dziwię. W mojej ocenie pomaga to być bardziej uważnym i dostrzegać małe zachwyty, przeżycia i rzeczy warte zapamiętania. Mam przeczucie, że skupiając się na takich drobnostkach, odkryję skarby, na które inaczej nie zwróciłabym uwagi. Dzisiaj z przyjemnością dzielę się z Wami moimi ulubionymi odkryciami tego miesiąca i mam nadzieję, że znajdziecie tu coś inspirującego.

Mam dla Was też niespodziankę: ten odcinek jest również dostępny w formie podcastu i znajdziesz go TUTAJ. Koniecznie zostawcie komentarz, jak Wam się podoba taka forma!

1. Balaclavy

Balaclavy, czyli innymi słowy kominiarki czy też kapturki, zalały zimowy instagram, a ja byłam jedną z kropli, które się do tego przyczyniły. Zaczęło się od, a jakże, skandynawskich instagramerek, które zaczęły pojawiać się na zdjęciach w bajecznie kolorowych balaklavach. Przyznam, że mimo że od razu mi się te kominiarki spodobały i zaczęłam szukać więcej przykładów na pintereście, to nie widziałam siebie w nich. Żadna ze mnie skandynawska influencerka, a one, jak wiadomo, bronią najbardziej szalonych zestawień i trendów. Birkenstocki i różowe skarpetki? Jasne. Kwiecista sukienka midi, koronkowy kołnierzyk i kolorowa torebka? Bardzo proszę. Wełniana pastelowa kominiarka, kurtka puchowa i designerskie okulary? Ależ oczywiście. 

Nie sądziłam więc, że odnajdę się w tym trendzie. Przyznam, że pewnie bym go nie wypróbowała, gdyby nie stories Kasi Szymanowicz i jej deklaracja, że taki kapturek już dla siebie zamówiła. W głowie natychmiast zapaliła mi się lampka i pomyślałam „Hej, skoro Kasia chce nosić to na ulicach Warszawy, to dlaczego ja miałabym nie nosić w Poznaniu?”. Wizja nabrała realności, gdy tylko wyobraziłam ją sobie na polskim znanym gruncie, a nie w dalekim Sztokholmie czy Oslo. 

Słowo się rzekło i zamówiłam balaclavę u Kasi z Chmur Tildy. Najpierw szałwiową, a potem z rozpędu jeszcze kremową. Cóż mogę powiedzieć: miłość buchnęła natychmiastowo. Nie dość, że te kapturki są śliczne i puszyste, to jeszcze ciepłe, wygodne i oryginalne. Zdaję sobie sprawę, że może i nie wyglądałam w nich wybitnie stylowo (Scandi girl ze mnie średnia), ale za to było mi naprawdę ciepło i wygodnie. No i jak na Wodnika przystało, kocham wszystko co trochę dziwne i niecodzienne, dlatego w balaklavach czuję się jak ryba w wodzie.

Wiem, że na początku marca ta rekomendacja może nikogo specjalnie nie zainteresować, ale przypomnę Wam o tym na początku listopada, gdy znowu zrobi się zimno 😉

2. Warsztaty ceramiczne

Glina chodziła mi po głowie już od roku, czyli mniej więcej od pierwszego lockdownu. Wszyscy szturmem ruszyliśmy wtedy eksplorować tematy, na które nigdy nie było czasu. Robótki ręczne i czynności manualne gwałtownie zyskały na popularności. Ja na TikToku wypatrzyłam parę dziewczyn, które pokazywały jak robią naczynia na kole garncarskim. Wpłynęło mi to bardzo na wyobraźnię i nie mogłam pozbyć się tej myśli, ale nie zdecydowałam się na zamówienie zestawu z gliną do domu. Miałam wrażenie, że mój słomiany zapał sprawi, że jak zwykle usiądę, zrobię coś raz, narobię bałaganu i już więcej nie będę chciała próbować, a na pamiątkę zostanie mi zasuszona glina.

Gdy jednak dowiedziałam się, że kawałek ode mnie są prowadzone regularne warsztaty ceramiczne, postanowiłam spróbować. Byłam na razie na jednych i może nie powiem jeszcze, że „przepadłam” lub „zakochałam się”, ale na pewno jestem entuzjastycznie nastawiona. Po pierwsze, miło zrobić coś zupełnie od zera, odcinając się od internetu i polegając tylko na własnych dłoniach. Po drugie, to kreatywne i relaksujące zajęcie. Po trzecie, KOCHAM ręcznie robione naczynia i jeśli będę je kupować z taką częstotliwością, na jaką bym miała ochotę, to prawdopodobnie zbankrutuję. Chyba jedyne rozwiązanie to nauczenie się, jak robić je samodzielnie 😉

Ja na pierwszych zajęciach wykonałam własnoręcznie dwa kubki, które muszą zostać wypalone, bym następnym razem mogła je oszkliwić. Na pewno podzielę się z Wami rezultatami, szczególnie że pewnie będę dumna jak paw, jeśli coś z tego wyjdzie!

Wniosek? Szukajcie nowych, kreatywnych możliwości. Glina, malowanie, szydełkowanie, druty, szycie… Niech to nie zginie w naszych zdigitalizowanych czasach. 

Wybrałyśmy się z Anią na warsztaty do pracowni ceramicznej Gliniana Kula. W Poznaniu są też inne pracownie oferujące takie warsztaty i jestem pewna, że w innych miastach też można znaleźć coś takiego!

3. Chodzenie w dresie 

Jak widać z tym dresem jestem opóźniona niemalże o rok. Gdy w zeszłym roku wszyscy wrzucali zdjęcia z home office w dresach, marki odzieżowe jak jeden mąż rzuciły się je produkować, a na profilach instagramowych pojawiły się zdjęcia dziewczyn w pięknych dresowych kompletach, ja uparcie siedziałam w sukienkach, jeansach i ładnych bluzkach. Dlaczego? Po pierwsze, był to mój sposób, żeby zmotywować się do pracy. Po drugie, mieszkając na poddaszu było mi zwyczajnie bardzo ciepło i dresowy zestaw nie miał za bardzo racji bytu.

Na oczy przejrzałam, gdy podczas współpracy z Reserved dostałam dresowy komplet. Pastelowo żółty, idealnie oversizowy, bawełniany, podszyty misiem. Miękki, wygodny, śliczny. No i idealny na moje warunki mieszkaniowe: nieocieplona kamienica z wysokim sufitem daje czasem popalić. 

Dodatkowym plusem jest to, że dres jest po prostu najwygodniejszy na świecie. W zeszłym roku byłam przyzwyczajona do chodzenia do pracy w jeansach, spodniach z wysokim stanem czy koszulach, a tegoroczna zima mocno mnie od tego odzwyczaiła. Wreszcie zrozumiałam, jakim skarbem są spodnie, które nie uciskają ciała. Mniej cierpię z powodu bólu brzucha, wzdęć czy ewentualnych obtarć. Ciało wreszcie jest po prostu otulone tkaniną, zamiast być w nią wciśnięte. 

Przekonałam się też do tego, że taki dres może wyglądać dobrze również poza domem. Niby Pinterest kipiał od zdjęć stylowych dziewczyn w dresach, ale ja nadal nie czułam, żeby było to coś dla mnie. Do czasu! Raz nie chciało mi się przebierać przed wyjściem, założyłam więc mój żółty dres, martensy na platformie i poczułam się tak dobrze, że od razu pokochałam ten zestaw. Przyznam szczerze, że już rozglądam się za dresami w innych kolorach i biję się w pierś, że tak późno!

Warto zerknąć na te dresowe komplety, bo są naprawdę wygodne. Jeśli żółty Wam nie po drodze, do wyboru jest też biały, miętowy i liliowy. Tu linki do bluzy, spodni i body.

4. Morze zimą

Nigdy wcześniej nie byłam nad morzem zimą, bo i po co? Zimno, szaro, wietrznie, nie ma co robić, bez sensu – tak sobie o tym myślałam. W tym roku jednak nie dość, że pragnęłam wyjazdu gdziekolwiek, to jeszcze zima była bajkowa. Zobaczyć ośnieżoną plażę? Czemu nie!

Okazało się, że morze zimą ma na mnie równie kojący wpływ, co morze latem. Na plaży jest przyjemnie, bo wiatr wieje od lądu i chronią przed nim wydmy. Spokojne kolory koją wzrok, jest pusto i cicho. Dwugodzinny spacer pomógł mi się zresetować i wypocząć. Jeśli więc następnym razem będziecie chcieli gdzieś wyjechać zimą, a w góry jest za daleko, bez dwóch zdań polecam morze!

5. Pakiet ebooków o Instagramie Ani Kęski

Jeśli uważasz, że o Instagramie napisano już wszystko, a każdy ebook na ten temat można streścić słowami „Używaj 30 hashtagów, odpowiadaj na komentarze używając przynajmniej czterech słów, zadbaj o estetykę tablicy”… To Ania Kęska udowodniła, że to nieprawda. Sama nigdy nie kupuję tego typu poradników, bo uważam je za mało wartościowe i niewnoszące nic do życia. Znając jednak Anię prywatnie i wiedząc, jakie treści tworzy, spodziewałam się mocnego konkretu i ogromnej dawki wiedzy. Nie myliłam się. 

Mimo, że Instagrama prowadzę od lat i uważam, że wiem o nim całkiem sporo, to dowiedziałam się OGROMU rzeczy. Nie przesadzam. Ania obala algorytmów mity i rzuca całkiem nowe światło na kwestię prowadzenia konta na Instagramie. Dzięki temu ebookowi totalnie zmieniłam moje podejście. Mniej skupiam się na wypracowanych, idealnych zdjęciach, bardziej na tworzeniu relacji z moimi odbiorcami i mądrym budowaniu swojego wizerunku w internecie. Poznałam mnóstwo przydatnych narzędzi, pomysłów, zainspirowałam się i przestałam tak bardzo stresować moją obecnością na tej platformie. 

Przede mną jeszcze ebook o zarabianiu na Instagramie, ale mogę w ciemno polecić cały pakiet. Gwarantuję Wam, że dowiecie się mnóstwa przydatnych rzeczy, zainspirujecie, przestaniecie się tak spinać i szybko zauważycie efekty swoich nowych działań.

Nie chcę Was znudzić i chociaż mogłabym tak jeszcze długo, to na tym zakończę swoich lutowych ulubieńców. Mam nadzieję, że ta dawka inspiracji była dla Was przyjemnością! 

1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*
*